piątek, 18 marca 2011

Jezuici i islam

artykul 'Jezuici i islam', Vincenzo Poggi SJ

za http://www.deon.pl/czytelnia/czasopisma/zycie-duchowe/art,6,jezuici-i-islam.html

W „Dziejach Ojca Ignacego spisanych przez o. Ludwika Gonzalesa da Cámara, który je usłyszał z ust samego Ojca” Ignacy Loyola opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z islamem. Było to pod koniec lutego 1522 roku. Inigo opuścił rodzinny dom w Loyoli, przybył do Navarrete pożegnać się ze swoimi dwoma służącymi i odjechał na mule w kierunku Monserratu.

„W tej drodze miał przygodę, o której dobrze będzie opowiedzieć w tym celu, aby lepiej można było zrozumieć, jak Pan nasz postępował z tą duszą ślepą jeszcze, chociaż ożywioną wielkimi pragnieniami służenia Bogu. [...] Po drodze przyłączył się do niego pewien Maur jadący na mule. Wdawszy się w rozmowę, zaczęli mówić o Najświętszej Pannie. Maur powiedział, że chętnie przyjmuje, iż Dziewica poczęła [Syna] bez udziału mężczyzny, ale że rodząc pozostała dziewicą, w to nie mógł uwierzyć. I przytaczał w tym celu różne racje naturalne, jakie mu się nasuwały. Różne zaś argumenty, jakie mu ze swej strony poddawał Pielgrzym, nie mogły go przekonać. Wreszcie Maur ruszył naprzód z takim pośpiechem, że Pielgrzym wnet stracił go z oczu. Zatopił się w myślach nad tym, co zaszło między nim a Maurem. Budziły się w nim różne uczucia, które rodziły w jego duszy niezadowolenie, bo wydawało mu się, że nie spełnił swego obowiązku. Odczuwał też w duszy oburzenie przeciw Maurowi, bo mu się zdawało, że źle zrobił, pozwalając mu mówić takie rzeczy o Najświętszej Pannie. Sądził więc, że jest obowiązany pomścić tę zniewagę Jej czci. I powstało w nim wtedy pragnienie, aby ruszyć na poszukiwania Maura i zadać mu kilka ciosów sztyletem za to, co mówił.

Dość długo walczył z tym pragnieniem, w końcu jednak nie wiedział, jak powinien postąpić. Maur, który pojechał przodem, powiedział mu, że udaje się do pewnej miejscowości położonej niewiele dalej w tym samym kierunku, w pobliżu głównej drogi, która jednak nie przebiega przez tę miejscowość. Gdy już był znużony badaniem tego, jak należałoby postąpić, nie znajdując pewności, na co się zdecydować, powziął takie postanowienie: oto pozwoli mulicy iść wolno bez cugli aż do miejsca, gdzie drogi się rozdzielały. Jeżeli mulica pójdzie drogą do wioski, odszuka Maura i zada mu cios sztyletem; jeśli zaś będzie się trzymać głównej drogi, zostawi go w spokoju. Zrobił tak, jak postanowił, a Pan nasz zrządził, że mulica trzymała się głównej drogi” (Opowieść Pielgrzyma 14-16).

Tym samym przyszły założyciel Towarzystwa Jezusowego został uratowany od złej sławy podniesienia ręki przeciwko religii islamu. [...] W poniższym artykule chcę przedstawić namacalny dowód na to, że można być dobrym jezuitą i równocześnie kochać muzułmanów.

Wspólny wymiar wiary

Christiaan, holenderski jezuita mieszkający w Egipcie, mówi i pisze po arabsku. Tematem jego doktoratu przygotowywanego na Uniwersytecie w Paryżu jest egzegeza Koranu al-Manar. Na konferencji Jezuici wśród muzułmanów, odbywającej się swego czasu w Kairze, przybliżał współbraciom duchowe podejście jezuitów do islamu. Rozpoczął od przedstawienia listu br. Christophe’a de Bonneville SJ z 1936 roku pt. Nasze śródziemnomorskie powołanie. Autor listu, przełożony Prowincji Bliskowschodniej, zwracał w nim uwagę jezuitów na islam. 15 sierpnia 1937 roku ówczesny Przełożony Generalny zakonu Włodzimierz Ledóchowski SJ skierował do wszystkich członków Towarzystwa list, w którym została opisana historia stosunku Towarzystwa do islamu. Ojciec Generał mianował także br. de Bonneville przewodniczącym komisji mającej badać zaangażowanie jezuitów na rzecz islamu.

Christiaan tak opisuje własne doświadczenie budowania osobistych związków z islamem: „Człowiekiem, który zaszczepił mi moją obecną postawę, był mój nauczyciel arabskiego w Bikfaya w Libanie, br. André d’Alverny SJ. Mówił on, że «są ludzie, którzy opisując dzielnicę arabską, nazywają ją brudną dzielnicą. Nawet jeśli rzeczywiście tak jest, nie usprawiedliwia to mówienia w ten sposób o ludziach, których kochasz». Kiedyś br. d’Alverny zauważył: «Niektórzy uczą się arabskiego, aby móc zakomunikować światu to, co mają do powiedzenia; wolę tych, którzy uczą się po prostu po to, by poznać coś nowego».

Myślę, że to drugie podejście, traktujące naukę arabskiego jako sposób na rozwijanie i wzbogacenie siebie, okazało się niezwykle cenne dla mnie w budowaniu pozytywnych relacji z islamem. Liczne przyjaźnie z muzułmanami, proste i głębokie, wpłynęły na mój związek z islamem i przyczyniły się do osiągnięcia stanu pewnego rodzaju solidarności duchowej. [...] Spotkania pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami odbywają się często na płaszczyźnie politycznej, socjoekonomicznej czy kulturowej. Chrześcijanie i muzułmanie są jednak przede wszystkim wierzącymi, a więc ludźmi adorującymi żywego Boga, który zajmuje centralne miejsce w ich życiu osobistym i wspólnotowym. Ten, w którego wierzymy i którego wielbimy, jest tym samym Bogiem – naucza Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Kościele, w której czytamy: muzułmanie „czczą wraz z nami Boga jedynego i miłosiernego” (nr 16). Porozumienie między tymi dwoma wyznaniami – chrześcijanami i muzułmanami – czyni życie duchowe miejscem spotkania pomiędzy nimi.

Mogę osobiście potwierdzić, że wielu muzułmanów jest bardzo wrażliwych na ów wspólny wymiar wiary. Powinniśmy go pogłębiać, szczególnie dzisiaj, gdy istnieje poważne ryzyko sprowadzenia wszystkiego do kwestii politycznych. Osobiście, jako jezuita żyjący wśród muzułmanów, uważam, że moje powołanie koncentruje się na tym duchowym wymiarze, ale nie ignoruje innych dziedzin ludzkiego życia. Msza święta odprawiana przeze mnie staje się ofiarą Chrystusa, który siadał do stołu z celnikami, udał się do Samarii i stał się bliski nawet najbardziej obcym. Ofiara Eucharystii ma wiele wymiarów i obejmuje zarówno tych, którzy są blisko, jak i tych, którzy są oddaleni, niezależnie od ich wiary czy kulturowych i religijnych różnic. Patrząc z tej perspektywy, niechrześcijanie także są obecni na moich Mszach i mogę je za nich ofiarować Bogu; Jezus Chrystus wstawi się za nimi.

W tym, co nazywam solidarnością duchową, bardzo ważne jest jej rozwijanie i znalezienie subtelnego sposobu, aby zakomunikować ją muzułmanom, w każdym razie niektórym z nich. Gdy zobaczą i poczują, że szukamy kontaktów z nim bez żadnych dodatkowych powodów czy ukrytych motywów, że przemawiamy i postępujemy w imię Boga, nasza solidarność stanie się dla nich jasna i oczywista. Bycie razem przed Bogiem może także przybrać postać wspólnej modlitwy, takiej na przykład, jaka ma miejsce pod koniec organizowanych przez nas chrześcijańsko-muzułmańskich spotkań”.

Jezuita i muzułmański sufi

Po raz pierwszy spotkałem Paula w Rzymie, gdy w Bibliotece Lincei badał perskie manuskrypty czternastowiecznego sufiego (muzułmańskiego mistyka) Sharafuddina Maneriego. Zastanawiałem się wtedy, dlaczego australijski jezuita pracujący w Indiach przyjechał do Rzymu. Później jednak spotkałem go ponownie i przeczytałem autobiograficzne notatki ukazujące jezuitę, który kocha islam. Paul tak pisze o sobie:

„Przybyłem do Indii w 1961 roku. W grudniu tego roku wziąłem udział w konferencji odbywającej się w Kolegium św. Franciszka Ksawerego w Kalkucie. Przytaczano w jej trakcie słowa Jana XXIII, który miał powiedzieć, że od czasów Soboru Trydenckiego Kościół katolicki jest jak dobrze broniona forteca, winien natomiast stać się miejscem z otwartymi drzwiami i oknami. Te słowa wywarły na mnie ogromny wpływ. Musimy być otwarci w stosunku do wszystkich, także do muzułmanów. Zastanawiałem się, co Towarzystwo Jezusowe w Indiach robi dla muzułmanów. W tym czasie mieszkałem w Hazaribagh, gdzie żyje wielu muzułmanów, żaden z naszych braci nie miał jednak z nimi kontaktu. Zapytałem więc: «Dlaczego uczycie się języka Hindu, a nie Urdu?». W odpowiedzi usłyszałem: «To strata czasu. I tak nigdy nie nawrócisz muzułmanina».

Kiedyś, w Delhi, brałem udział w spotkaniu poświęconym żyjącemu w XIII wieku muzułmańskiemu mistykowi Farid al-Din Mas’ud, zwanemu Baba Farid. Uczestniczyli w nim muzułmańscy, chrześcijańscy, hinduscy i sikhijscy naukowcy – mistycyzm zawsze przyciąga bardzo różnych ludzi. Przyszedł mi wówczas do głowy pomysł, by rozpocząć studia nad muzułmańską mistyką w Indiach. A skoro sufi w Indiach pisali w języku perskim, zdecydowałem się rozpocząć naukę tego języka. Wyjechałem do Shiraz w Iranie, a tam zaproponowano mi, bym skoncentrował się na twórczości sufiego Sharafuddina Maneriego, pochowanego osiemdziesiąt kilometrów od Patny, w miejscu, które nadal jest celem licznych pielgrzymek.

Maneri, do swego ucznia Qaziego Shamsuddina, napisał w języku perskim sto listów dotyczących kierownictwa duchowego. W trakcie długiej i żmudnej pracy nad tłumaczeniem tych listów na angielski byłem ogromnie zdumiony, jak głębokie treści pisma te zawierają. Stwierdziłem, że nawet jeśli nikt nigdy nie przeczyta mojego przekładu, wpływ, jaki wywarły na mnie listy Maneriego, będzie wystarczającą nagrodą za mój wysiłek. W liście dziewięćdziesiątym szóstym Maneri pisze między innymi: «Powiedzmy, że pierwszym i ostatnim etapem sufizmu jest zdumienie. Pierwszy etap realizuje się przez [...] błogosławieństwo mistrza duchowego, gdy uczeń uzyskuje jego aprobatę oraz pochwałę i zdumiony skłania głowę. Kolejny moment zdumienia przychodzi, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że ubóstwo i niedoskonałość jego życia nie jest żadną przeszkodą w zjednoczeniu z Bogiem. Tak więc życie duchowe zaczyna się i kończy zdziwieniem».

Maneri był przekonany, że sam akt błagania o głębokie zjednoczenie z Bogiem jest już przejawem Jego łaski. Uznał także potrzebę duchowego przewodnictwa, podobnie jak delikatny, młody pęd potrzebuje opieki ogrodnika. Droga do zjednoczenia z Bogiem to droga wiary. Człowiek, który chciałby doświadczyć tego zjednoczenia, musi uważać, by nie wpaść w pułapkę szatana, pamiętając jednak, że najgroźniejszym wrogiem może okazać się jego własna dusza i egoizm. Na tych wrogów trzeba nieustannie uważać. Owocem głębokiego zjednoczenia z Bogiem w tym życiu jest Jego obraz – źródło radości tak wielkiej, że wszelkie rajskie rozkosze są niczym w porównaniu z nią. Co więcej, w ortodoksyjnym islamie obraz Boga nie jest nagrodą za dobre postępowanie, ale wyłącznie skutkiem łaski Bożej”. [...]

Paul dodaje także wyznanie, które wywołuje podobne zdumienie, co słowa Maneriego. „W moim osobistym związku z Bogiem występuję jako chrześcijan, jako katolicki ksiądz, jako jezuita. Gdy myślę o Bogu przez pryzmat umysłu i serca Maneriego, nie czuję wcale sprzeczności z moją jezuicką tożsamością. Czuję natomiast obecność kogoś, kto szczerze poświęcił się Bogu i służył Mu. W pewien sposób Maneri pomaga mi, podobnie jak św. Ignacy Loyola, który nadaje mojemu życiu szczególny, a zarazem kompletny kształt. Intuicyjnie wiem, że zarówno Maneriego, jak i św. Ignacego cechuje zupełne poświęcenie Bogu, a także zrozumienie wszystkich tych elementów, których takie poświęcenie wymaga. Dla mnie Maneri jest drugim promieniem światła potwierdzającym to, co jest obecne i widzialne w świetle Chrystusowym. Te elementy są od nowa oświetlone światłem padającym pod innym kątem. Dziękuję Bogu za miejsce, jakie zarówno Ignacy, jak i Maneri zajmują w moim życiu”.

Braterska miłość i wzajemna pomoc

Inne konkretne świadectwo daje włoski jezuita, który zmarł sześćdziesiąt lat temu w kraju w dużej mierze islamskim. Giovanni Fausti SJ został zamordowany przez albańskich komunistów 4 marca 1946 roku razem ze swoim albańskim towarzyszem – br. Danielem Dajanim SJ. O. Fausti był wspaniałym człowiekiem. Islamem zainteresował się, kiedy po raz pierwszy przybył do Albanii. Był przekonany, że do islamu zbyt często podchodzimy pełni ignorancji i uprzedzeń. On sam oddał się swoim studiom bez żadnych z góry przyjętych założeń. W latach 1931-1933, we Włoszech, podejmował na łamach pisma „La Civilta Cattolica” starania, by przybliżyć islam chrześcijanom, sprawić, by stał się lepiej poznany i bardziej interesujący. W roku 1933 opublikował zbiór artykułów zatytułowany Islam w świetle myśli katolickiej. Ta książka, napisana przez przyszłego męczennika za wiarę, kończy się następującymi słowami:

„Ewangelia, zapraszając wszystkich do udziału w Prawdzie, nie tylko daje nam podstawy dla wzajemnej tolerancji – tak naprawdę prawdziwy chrześcijanin nigdy nie może używać siły ani podstępu przeciwko drugiej osobie czy wyrządzać jakiejkolwiek krzywdy swojemu bliźniemu z powodu odmiennych przekonań religijnych. Jednakże Ewangelia oferuje nam także fundament dla prawdziwej, trwałej i głębokiej jedności duszy. Ostatecznie «tolerancja» jest nie tylko miłym słowem; oznacza «żyj i pozwól żyć» każdemu dla siebie, krocząc swoimi ścieżkami. Jedność dusz oznacza raczej braterską miłość, wzajemną pomoc oraz skłonność do wspólnoty myśli i bliskości uczuć, poświęcenia dla dobra swoich braci i sióstr. Ewangelia uczy nas, że wszyscy, każda kobieta i każdy mężczyzna, zasługują nie tylko na to, by być tolerowanym, ale by być szczerze kochanym”.


Tłumaczyła Agnieszka Trąbka (za: "Jesuits"/2008, s. 74-76)

Brak komentarzy: