niedziela, 4 stycznia 2009

Palestyna- wszyscy jestesmy świadkami

Jennifer Loewenstein
Palestyna pod terrorem izraelskim (I)

W ostatnich latach amerykańska Żydówka Jennifer Loewenstein z Uniwersytetu Wisconsin pracowała jako dziennikarka i współpracowała z organizacjami obrońców praw człowieka w Palestynie i Libanie. Przebywała w Dżeninie, Ram Allah i Wschodniej Jerozolimie, gdy armia izraelska przeprowadzała w kwietniu ub.r. operację Tarcza Obronna, a 22 lipca ub.r. była świadkiem izraelskiego bombardowania Gazy. Jest współautorką książki pt. „Nowa intifada”. O tym, co widziała, a widziała rzeczy wstrząsające, opowiedziała Justinowi Podurowi na łamach amerykańskiego „Z Magazine”.

- Czego byłaś świadkiem w Dżeninie?

- Dotarłam do obozu uchodźców w Dżeninie nazajutrz po wycofaniu się Izraelczyków i spędziłam tam dwa dni i noc. To było tak, jak wizyta w jednym z najniższych kręgów piekła Dantego i wiele z tego, co widziałam, nie daje się opisać. Znikła cała dzielnica i nie można było odróżnić, gdzie przebiegały ulice, a gdzie stały domy. Chodzi nie tylko o zniszczenie wielkiej części obozu – gdy odwiedza się jakiekolwiek miasto czy osiedle palestyńskie, człowiek staje oko w oko z wprost niewiarygodnymi zniszczeniami. Rafah, Chan Junus, Ram Allah, Betlejem, Hebron, Nablus, miasto Gaza... Ta lista nie ma końca, toteż gdy oglądam swoje zdjęcia stamtąd, czasami trudno mi jest przypomnieć sobie, o jakie miejsce chodzi. Po pewnym czasie rozwalone buldożerami, zbombardowane, pokryte kulami i wysadzone w powietrze domy i budynki stają się do siebie podobne. Jednak w Dżeninie zniszczenia osiągnęły poziom bez precedensu. Idziesz po z ziemi i okazuje się, że ziemia to dach trzypiętrowego domu, którego resztę tak zrównano z ziemią, że nic nie sugeruje, iż to kiedyś był budynek, dopóki nie zaczynają się wykopki i w głębokich dziurach nie pokazują się przedmiot życia codziennego – materace, odzież, rozbite meble, sprzęt kuchenny, książki i niemożliwe do rozpoznania przedmioty, które stanowiły wyposażenie czyjegoś salonu. Ilekroć wspominam ten potworny okres, raz po raz wstrząsa mną ogrom zbrodni, a wtedy bardziej niż kiedykolwiek uświadamiam sobie jeszcze większą zbrodnię – zbrodnię popełnioną przez Izraelczyków razem z USA i ONZ, która polega na wykreśleniu z historii tego, co się stało w Dżeninie.

W czerwcu miałam odczyt o Dżeninie w Madison, w stanie Wisconsin. Pokazałam zdjęcia publiczności, około stu osobom, z których wiele było rozdrażnionych tym, że moja relacja była sprzeczna z oficjalną wersją. Krzyczeli, że Dżenin to „gniazdo terrorystów”, że Izrael musiał się bronić. Gdy pokazałam zdjęcie młodego Palestyńczyka klęczącego nad zwłokami dwóch osób za zrujnowanym szpitalem obozu uchodźców, pewna kobieta w głębi sali głośno skomentowała: „To się nie stało.” I kropka.

Właśnie, że się stało. Dżeninu nie obrócono w ruinę, lecz starto go na proch. Zginęło tam 60 osób, z czego co najmniej 40 było cywilami. Zginęli w potworny sposób – np. gdy wojska izraelskie wysadzały w powietrze domy wiedząc, że wewnątrz są ludzie, lub gdy strzelały do tych, którzy wyglądali przez okna czy z balkonów czy wtedy, gdy pociskami czołgowymi strzelały prosto do sypialni czy kuchni. Niektórzy zginęli, gdy zawalały się zrujnowane domy. Na niektórych dokonano egzekucji. Trzy osoby opowiedziały mi tę samą historię o grupie mężczyzn, którym kazano położyć się na ulicy na brzuchu ze związanymi z tyłu rękami i których rozjechał buldożer.

Tych ludzi zmasakrowano. Tak, zmasakrowano. W moim słowniku czasownik „masakrować” znaczy „zabijać na oślep i okrutnie dużą liczbę osób”. Mówimy o dużej liczbie osób, które zamordowano na oślep i w okrutny sposób. W dniu, w którym wycofali się Izraelczycy, siedziałam z kamerą na kamiennej ławce na tyłach szpitala i widziałam, jak grupa mężczyzn odkopuje zwłoki tych, których Izraelczycy zabili lub zranili podczas oblężenia (wielu ciężko rannych zmarło, bo armia izraelska uniemożliwiła dostęp ekip medycznych i karetek pogotowia do obozu i poruszanie się po nim). Szybko ich pogrzebano w prowizorycznych grobach, aby uniknąć epidemii, a teraz odkopywano, aby należycie pochować.

Inna ekipa układała na ziemi zwłoki, które przynoszono z obozu uchodźców. Zabici leżeli obok siebie w białych, poplamionych krwią prześcieradłach, podczas gdy często histeryzujący z bólu przyjaciele i członkowie rodzin podchodzili, aby ich zidentyfikować. Były tam także ciała kobiet i dzieci. Jak już powiedziałam, 40 zabitych było cywilami, a nie bojownikami uzbrojonymi w karabiny i stawiającymi czoło szóstej najpotężniejszej armii świata. Niektórzy zabici ciągle leżeli tak głęboko pod ruinami swoich domów, że jeszcze nie można było ich wydostać. Chodziłam po ponurych ruinach domu, pod którymi – pod moimi stopami – spoczywały trzy ciała; widać było tylko zelówkę buta jednej z nich. Wiedziałam, że tam leżą, bo je odkopywano, a wokół czuło się zapach śmierci. Obserwujące tę scenę dzieci zakrywały sobie dłońmi usta i nosy. Sanitariusze i członkowie ekip ratunkowych mieli białe maseczki, aby praca była znośniejsza. Członek Palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca zanotował nazwiska trzech braci poległych w walce z Izraelczykami. W innej części obozu spotkałam kobietę z twarzą bez wyrazu, której towarzyszył mężczyzna; przetłumaczył mi, że straciła wszystkich swoich czterech synów – dwóch ostatnich podczas oblężenia Dżeninu.

Około 20 zabitych było „uzbrojonymi bojownikami”, którzy walczyli z Izraelczykami. Liczy się, że będziemy uważali, iż Izrael stoczył tam z tymi bojownikami walkę na śmierć i życie, że chodziło o akt obrony koniecznej. Zmusza się nas, byśmy wspominali do dużej liczbie żołnierzy izraelskich, którzy zginęli walcząc z tymi terrorystami. Niektórzy przypominają mi, że toczy się wojna.
Nie – mamy do czynienia z nielegalnym aktem agresji, dokonanym przez wojujące mocarstwo okupacyjne na narodzie, który zgodnie z prawem międzynarodowym ma prawo do oporu wobec oblężenia swoich ognisk domowych. Palestyńczycy mieli i nadal mają prawo do oporu. Proszę przeczytać rezolucję Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych nr 42/159 z 7 grudnia 1987 r., w której potępia się terroryzm międzynarodowy, ale rozróżnia się między nim a prawem narodów do walki z okupacją swoich ziem. „Nic w niniejszej rezolucji nie może w żaden sposób szkodzić prawu do samostanowienia, wolności i niepodległości, wynikającemu z Karty Narodów Zjednoczonych, tych narodów, które siłą pozbawiono owego prawa (...) a w szczególności poddanych reżimom kolonialnym i rasistowskim i obcej okupacji czy innym formom panowania kolonialnego, ani (...) prawu wspomnianych narodów do prowadzonej w takim celu walki oraz do występowania o pomoc i jej uzyskiwania (zgodnie z Kartą i innymi zasadami prawa międzynarodowego).

Żadne zniekształcenia, żadne mity ani kłamstwa generowane przez nasz rząd, przez rząd Izraela i nasze media nie są w stanie przekreślić tego prawa do oporu.
Kto postanowił, że walka jest słuszna tylko wtedy, gdy jedna ze stron jest bezbronna? Jakież to absurdalne rozumowanie może dać takim tyrańskim państwom, jak nasze czy jak Izrael, dysponującym olbrzymimi arsenałami środków zniszczenia, prawo do wymagania od słabszych narodów, aby złożyły broń, otworzyły swoje drzwi przed „inspekcjami” i zrezygnowały ze swojego znikomego handlu bronią, gdy supermocarstwa zbroją się na skalę bez precedensu, która do niedawna wydawała się niemożliwa, i proklamują swoje prawo do zabijania nawet wtedy, gdy się ich nie prowokuje?

Po to, by mówić o pokoju, nie można zaczynać od żądania rozbrojenia się słabszego, lecz od rozbrojenia się silniejszego. Bierny opór jest bezskuteczny, gdy tych, którzy go stawiają, zgniata się jak źdźbła zboża. To, co zdarzyło się w Dżeninie, nie było częścią szerszej wojny między dwoma narodami – było częścią permanentnej masakry słabszego i w większości nieuzbrojonego narodu, który jest nieustannie oblegany. Jeśli chcemy skończyć z przestępstwami terroryzmu, trzeba związać ręce głównym terrorystom – tym, którzy są u steru państwa. Jeśli chcemy, aby ustały samobójcze zamachy bombowe, trzeba skończyć z warunkami, które popychają ludzi do tak mściwych czynów. Już dawno Izrael powinien był wynieść się z Palestyny. A przecież to dopiero początek. Dżenin jest tylko symbolem całego tego konfliktu i świadczy, dokąd on doprowadzi, jeśli nie dojdzie do protestów międzynarodowych, które właśnie zaczynają się tu, w Stanach Zjednoczonych.

- Izrael hołubi się jako „jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie”. Niektórzy „mędrcy” na Zachodzie odrzucają (już i tak prawie przez wszystkich zarzuconą) sugestię, że w Izraelu/Palestynie powinno powstać jedno dwunarodowe państwo demokratyczne, bo twierdzą, że ani jedno państwo arabskie nie jest demokracją. Jest w tym zawarta niemal rasistowska insynuacja, że Arabowie nie są zdolni do zaprowadzenia demokracji. Co o tym myślisz?

- Gdy słyszę, że Izrael jest „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie”, podziwiam po raz kolejny potęgą mitologii i dezinformacji. W naszej własnej kulturze w niewielkim stopniu rozumie się, co to jest demokracja (czego skutki widać dziś na całym świecie) i jak słusznie powiedziałeś, jest coś nieodłącznie rasistowskiego w sugestii, że tylko białe narody pochodzenia europejskiego są zdolne do przedsięwzięć „demokratycznych”. Zakrawa to na wręcz przerażającą ironię – dowodzi, jak niewiele wie się tutaj o historii demokracji w Europie. Nasze bratnie kraje, Anglia i Francja, mają krwawą, występną i (aż do dziś) kruchą historię demokracji, co dowodzi, że utrzymanie instytucji demokratycznych wymaga długiej i trudnej walki – faktycznie to walka bez końca. Moim zdaniem natura państwa nowoczesnego sprawia, że ta walka staje się coraz trudniejsza, ale to temat innej rozmowy.

Na mocy definicji Izrael jest państwem żydowskim. Jako taki, nie może być jednocześnie demokratyczny. Nie jest państwem „rządzonym przez lud”, bo jedna piąta jego ludności nie jest żydowska i dlatego prawo odmawia jej pełnoprawnego obywatelstwa. Dodatkowo Izrael rządzi ponad 4 mln Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu, w strefie Gazy i w zaanektowanej Wschodniej Jerozolimie. Nie można zaprzeczyć, że tej ludności odmówiono nawet najbardziej powierzchownych atrybutów rządów demokratycznych.

Jest wiele konkretnych przykładów antydemokratycznej natury ustawodawstwa izraelskiego, jak np. zakaz posiadania ziemi przez nie-Żydów czy wystawiania kandydatów w wyborach, gdy broni się pewnych poglądów – takich np., zgodnie z którymi Izrael powinien stać się prawdziwie demokratycznym państwem wszystkich swoich obywateli. Niesłychane, a mało znane jest to, że w samym Izraelu (nie na terytoriach okupowanych) rząd nie uznaje istnienia 700 osad arabskich, wskutek czego ich mieszkańcy nie korzystają ze służb municypalnych, nie są objęci spisem powszechnym i – co ma kluczowe znaczenie – nie mają prawa głosu. Muszą jednak płacić podatki. Z łatwością można się domyślić, że okolice, w których znajdują się te osady, należą do najuboższych i najbardziej zacofanych, o czym świadczy stopy analfabetyzmu, śmiertelności niemowląt itd.
Dyskryminacja Arabów jest bardzo rozpowszechniona i istnieje we wszystkich zawodach i we wszystkich sferach życia społecznego. Arabowie są obecni poniżej swojego ciężaru demograficznego na uniwersytetach, w świecie lekarskim, adwokaturze, polityce, działalności gospodarczej. Arabowie izraelscy stanowią najuboższą ludność kraju. Odmawia im się takich podstawowych świadczeń, jak odpowiednik emerytury, bo nie odbywają służby wojskowej – faktycznie zaś nie są do niej dopuszczani.

Dyskryminacja społeczno-gospodarcza jest, oczywiście, antydemokratyczna, ale pod pewnym względem jest to najmniejszy problem. Z naszej własnej historii wiemy, jak w naszym społeczeństwie traktowano (i w wielu przypadkach traktuje się nadal) czarnych Amerykanów, nie mówiąc już o innych grupach etnicznych, religijnych i politycznych. Faktycznie jednak istniały i istnieją mechanizmy zmiany wewnętrznej. Do pewnego stopnia w Izraelu możliwe jest nieposłuszeństwo obywatelskie. Dla Arabów izraelskich istnieje tam program w rodzaju „akcji afirmatywnej”, ale dopóki państwo będzie żydowskie, osiągnięcia takiego programu zawsze będą ograniczone. Co się stanie, gdy (co sugeruje obecna tendencja demograficzna) ludność arabska w Izraelu i na terytoriach okupowanych zacznie przewyższać liczebnie ludność żydowską? Jeśli utrzyma się panująca w Izraelu ideologia, skutki takiej naturalnej zmiany dla Arabów izraelskich i Palestyńczyków mogą być katastrofalne. Niektórzy pewnie powiedzą, że ten komentarz jest alarmistyczny. Ci jednak, którzy znają bieżącą i długofalową politykę zarówno na terytoriach okupowanych, jak i w Izraelu, bardzo dobrze wiedzą, że takie programy, jak „przesiedlenie”, które przewidują, że ludność arabska zostanie siłą wypędzona z regionu, nie są wcale uważane za skrajne ani nie są niemożliwe do wdrożenia.

Pomysł utworzenia jednolitego, dwunarodowego państwa demokratycznego został, jak powiedziałeś, zarzucony praktycznie przez wszystkich. Częściowo wynika to z braku woli akceptacji prawdziwie demokratycznego państwa, a po części z braku woli akceptacji państwa niewyznaniowego. Jak już powiedzieliśmy, Izrael jest państwem żydowskim. Dla niektórych Żydzi to przynajmniej częściowo termin religijny. Dla większości jest to jednak termin etniczny i ideologiczny, który wyklucza zgodę na współistnienie z kulturą palestyńską, a co ważniejsze, zgodę na wspólną suwerenność arabsko-żydowską. Uważam, że „świecki” i „demokratyczny” to praktycznie synonimy, choć wiem, że są tacy, którzy by się ze mną w tej sprawie nie zgodzili.

Rezygnacja z rozwiązania polegającego na utworzeniu jednego państwa to częściowo również rezultat rasistowskiej wiary w niezdolność Arabów do zaprowadzenia demokracji. „Udowadnianie” słuszności takiego poglądu poprzez wskazywanie palcem na mapie świata arabskiego kolejnych państw mających skorumpowane, autorytarne i brutalne reżimy jeszcze raz świadczy jedynie o nieznajomości najnowszej historii Bliskiego Wschodu. Nasi eksperci mają również skłonność do mówienia o „świecie arabskim” jako o czyś, co stanowi zwartą, jednolitą całość. Wystarczy choćby krótko pobyć na Bliskim Wschodzie, by zrewidować taki pogląd. Są tacy, którzy twierdzą, że znają się na sprawach tego regionu, a nawet powierzchownie nie zdają sobie sprawy z ogromnych różnic między realiami społeczno-gospodarczymi takich krajów – wymienię tylko niektóre – jak Arabia Saudyjska i Syria czy Algiera i Kuwejt. To coś zdumiewającego i deprymującego.

Jednak wielu Arabów, w tym Arabów palestyńskich, również zrezygnowało z pomysłu utworzenia jednego państwa jako rozwiązania problemu lub od razu go odrzuciło (niektórzy, w tym Chomsky, uważają, że nigdy nie brano go na serio). Wraz z ekspansją islamu politycznego i narastającą siłą „fundamentalistycznych” ruchów islamskich w Iranie, Arabii Saudyjskiej, Libanie, Palestynie, Egipcie, Sudanie, Turcji i innych krajach, rezygnuje się z wartości demokratycznych i zastępuje się je wartościami „islamskimi” (w cudzysłowie, ponieważ wielu ludzi stwierdza, że „islamizm” jako siła polityczna ma bardzo niewiele wspólnego z islamem jako wiarą).

Przebywając w Bejrucie, w strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, byłam świadkiem nieufności wobec instytucji demokratycznych i pogardy do nich. Na terytoriach okupowanych członkowie Hamasu (Islamskiego Ruchu Oporu) i Dżihadu Islamskiego otwarcie potępiają i odrzucają instytucje „zachodnie”. Inni wskazują na totalne bankructwo takich instytucji, jak ONZ, Trybunał Międzynarodowy (i jego poprzednicy), Unia Europejska itd., dowodząc nieskuteczności tych instytucji wobec prowadzonej przez USA tyrańskiej polityki supermocarstwowej i ich przewagi wojskowej i technologicznej. Dogłębnie antydemokratyczne zachowanie USA w polityce zagranicznej bardziej odstraszyło tych, którzy mogli nawrócić się na ideę świeckiego społeczeństwa demokratycznego, niż jakakolwiek ideologia antydemokratyczna. Dobrze byłoby, gdyby Amerykanie zdali sobie z tego sprawę, ale mam wrażenie, że jesteśmy od tego dalej niż kiedykolwiek – zwłaszcza teraz, gdy przygotowujemy naszą przodującą machinę wojenną do kolejnej ogromnej rzezi Irakijczyków.

Wygląda na to, że zupełnie nie potrafimy zdać sobie sprawy, iż „przeciętny” Palestyńczyk, Libańczyk, Syryjczyk czy Egipcjanin jest absolutnie świadomy motywów i stymulatorów amerykańskiej polityki zagranicznej. Chyba nie jesteśmy świadomi skutków naszej kampanii przeciwko „terroryzmowi” wśród narodów świata arabskiego i muzułmańskiego – a przecież one widzą, co kryje się za retoryką i apologetyką naszej najnowszej wojny imperialnej. Nie pamiętam już ile razy w obozach uchodźców w Bejrucie, Gazie i na Zachodnim Brzegu podchodziły do mnie dzieci i gdy dowiedziały się, że jestem Amerykanką, krzyczały: „Myślisz, że wszyscy jesteśmy terrorystami” czy „Bush chce nas wszystkich zabić”. Nigdy nie zapomnę, jako chodziłam po ruinach bloku mieszkalnego, który w lipcu ub.r. zbombardowano w Gazie. Celem nalotu był Salah Szehada, jeden z przywódców wojskowego skrzydła Hamasu, ale w ataku zginęło również jedenaścioro dzieci i pięć osób dorosłych. Cała dzielnica tak ucierpiała, że wiele rodzin musiało szukać nowych mieszkań, a na skutek strat spowodowanych przez tysiąckilogramową bombę zrzuconą tuz przed północą przez F-16, dziesiątki osób straciły swoje interesy i środki utrzymania. Gdy oglądałam ruiny, robiłam zdjęcia i wypytywałam ludzi, szła za mną grupa chłopców. Ten, który szedł na ich czele, niósł kosz pełen odłamków bomby, którymi wymachiwał, ilekroć się za nim oglądałam. „Made in America”, powtarzał.

Najbardziej deprymujące jest to, jak często to powtarza się na terytoriach okupowanych – bombardowania, strzelaniny, niszczenie domów i działalności gospodarczej, mordowanie na oślep dzieci i starców, wszechobecne punkty kontrolne, które arbitralnie ograniczają wszelkie ruchy, mury „odgradzające”, zasieki z elektrycznego drutu kolczastego, nocna wojna pod oknami budynków mieszkalnych, całodobowe godziny policyjne, nie kończące się przerwy w dostawie prądu, niedobory wody i żywności, narastająca zależność od międzynarodowej pomocy żywnościowej, spowodowana przez rozkład gospodarki, podczas gdy stopa ubóstwa osiąga 80%, podobnie jak stopa bezrobocia. Zaskakuje mnie rozmach przywiązania do ideałów demokratycznych, to, jak czynnie ludzie dążą do ich realizacji i jak w obliczu tych wszystkich zbrodni masowo, choć w sposób niezorganizowany, stawiają opór.

Tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski


pozwolilam sobie skopiowac artykul z portalu Viva Palestyna! http://viva-palestyna.pl/
opowiada o sytuacji sprzed kilku lat; ale teraz widac, ze nic sie nie zmienilo.
jest dokladnie tak samo.
narod żydowski, który wycierpial tak wiele, popełnia zbrodnie na niewinnych ludziach, zapedzonych do getta, spuszczaja bomby na getto! bo gettem jest Strefa Gazy. historia zatoczyla wielkie, ironiczne koło. jak z ofiary stać się katem.
lekcja poglądowa.

nasz Prorok Mohammad powiedział:
"Niechaj nikt nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie zabija się człowieka. Na każdego, kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo. Niechaj nikt z Was nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie biją człowieka. Na każdego kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo."

czy stoimy bezczynnie?

jak można prześladowac dziesiątkami lat niewinny naród- bo czy to Palestyńczycy dokonali Holocaustu? dlaczego nie weźmiecie się za Niemców, drodzy izraelscy politycy?
bo nie są bezbronni? być może posiadacie jakieś prawo do tej ziemi. jakie- trudno mi osądzać, wy... to potomkowie wygnanych prawie 2 tysiące lat temu. czy mieliście jakiekolwiek prawo burzyć domy ludzi zamieszkujących tą ziemie od tysięcy lat? to Wy jesteście w Palestynie gośćmi! nie oni.

ale przybyliście, nie jako goście, ale jako najeźdzcy, zagarnęliście najlepsze ziemie, zburzyliście wioski, na gruzach których wybudowaliście swoje, z nowymi nazwami, aby na mapie wszystko wyglądało cacy. mordowaliście bez pardonu całe rodziny. i to po Holocauście! jakimi zbrodniarzami i perfidnymi kłamcami jesteście! oby Bóg wam wybaczył; bo żaden człowiek świadomy waszych zbrodni nie jest i nigdy nie będzie w stanie tego uczynić.

1 komentarz:

Thio pisze...

" to po Holocauście! jakimi zbrodniarzami i perfidnymi kłamcami jesteście"
amen